czwartek, 26 lipca 2018

To bezprawie, będę walczył do końca

Wywiad z Leonidem Swiridowemdziennikarz koncernu medialnego „Rosja Siegodnia”.

Minęło prawie półtora roku od naszego pierwszego spotkania. Pan redaktor zdążył mi już opowiedzieć w jaki sposób został potraktowany przez ABW. Zanim jednak posłucham o dalszych losach najprawdopodobniej jedynego na świecie dziennikarza z zakazem wjazdu do Strefy Schengen, proszę odpowiedzieć na mniej sensacyjne, ale może bardziej ludzkie pytanie. Od Pana przyjaciół z Polski dowiedziałam się, że kiedy rozpoczęto polowanie na rosyjskiego dziennikarza, wielu polskich znajomych zerwało z Panem kontakt, choć nikt nie przedstawił im dowodu na szpiegowską działalność Swiridowa. Co Pan wtedy poczuł?
Leonid Swiridow: - To było naprawdę bardzo poniżające. Czułem się strasznie. Przecież nie wiem nawet jakie mam zarzuty, nie wiem czy one w ogóle są, więc nie wiem jak się mam bronić. Kilkakrotnie pisałem o tym w różnych oświadczeniach do Urzędu ds. Cudzoziemców czy do sądu. Niszczy się życie człowieka, więc myślałem, że urzędnik będzie mnie bronił jako cudzoziemca. Sytuacja, która mnie dotyczy jest sprawą administracyjną. Żeby podjąć jakąś decyzję urzędnik musi dokładnie zbadać wszystko – dowody, plusy, minusy, itd. Jeżeli byłaby to sprawa karna w sądzie, to sprawę bada sąd. A tutaj była sprawa administracyjna. I uważam, że organ administracyjny pierwszej i drugiej instancji nie zrobił tego, co do niego należało. Po prostu niczego nie zbadał.
Dlaczego tego nie zrobił?
- Bo jestem cudzoziemcem, jestem Rosjaninem, a zgodnie z doktryną państwową jestem „Ruskiem... zasranym”. No to trzeba mu w mordę... I już! Bo taka jest decyzja; bo rusofobia stała się doktryną państwową. A z drugiej strony wszystko jest utajnione i nie ma żadnych dokumentów, więc niczego nie można zbadać.

W cywilizacji łacińskiej, opartej na prawie rzymskim, każdemu przysługuje prawo do obrony. Jak się ma bronić człowiek, który nawet nie wie o co się go oskarża...? Czy kiedyś poznamy zarzut ukryty w teczce Swiridowa?

- W tej teczce równie dobrze może znajdować się jedna kartka, na której jest napisane: „Redaktor Swiridow jest świnią”. I to jest główne uzasadnienie. Ale co tam jest napisane, i czy w ogóle coś jest napisane – tego nie wiemy...
Ale wiemy, że uznano, iż jest Pan zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego...
- Jeżeli jestem zagrożeniem, to z mojego punktu widzenia jako dziennikarza i obywatela wszystko jedno jakiego kraju, sprawa jest prosta. Jeżeli jest zagrożenie, to zagrożenie trzeba eliminować. To jest jasna rzecz. Jeśli jest zagrożenie terrorystyczne, czy jakieś inne, trzeba coś z tym szybko zrobić, bo to jest zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju. Tymczasem w ciągu piętnastu kolejnych miesięcy nadal mieszkałem w Polsce i pracowałem jako dziennikarz. Nie za bardzo rozumiem na czym polegało to niebezpieczeństwo?
Wyartykułujmy to raz jeszcze. Od momentu, kiedy Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego uznała, że redaktor Swiridow stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski – przebywał i pracował Pan w naszym kraju jeszcze kilkanaście kolejnych miesięcy.
- Tak jest. Uznano mnie za zagrożenie we wrześniu 2014 roku, a wyjechałem z Polski w grudniu 2015 roku. W międzyczasie mieszkałem i pracowałem w Warszawie; jeździłem do różnych krajów Unii Europejskiej; uczestniczyłem w wielu konferencjach; przeprowadzałem wywiady z polskimi politykami m.in. Lechem Wałęsą. Przecież skoro człowiek stanowi realne zagrożenie, to powinno się z nim coś zrobić – na przykład zamknąć w więzieniu. A oni po prostu wyrzucili mnie po kilkunastu miesiącach. Nie rozumiem tego. To nie trzyma się logiki. Oczywiście tych paradoksów jest znacznie więcej.
Na przykład...?
- Kiedy zaskarżyłem decyzję administracyjną otrzymałem z sądu bardzo dziwną odpowiedź. Otóż Administracyjny Sąd Wojewódzki w Warszawie stwierdził, że nie zgadza się z tym co stwierdził red. Swiridow, że sprawa jest polityczna. Byłem w szoku, ponieważ na poziomie oficjalnym, tj. w żadnym piśmie do sądu nigdy nie twierdziłem, że jest to sprawa polityczna. Reakcja sędziny może więc oznaczać, że po przeczytaniu wszystkich akt dotyczących mojej sprawy, w jej głowie zrodziła myśl, iż to naprawdę może być sprawa polityczna. I od razu zaprzeczyła temu wszystkiemu. To jest napisane w decyzji sądowej. Wszystko jest dostępne, niczego nie ukrywam i mogę pokazać każde pismo dotyczące mojej sprawy.
Mieszkał Pan w Polsce osiemnaście lat. Jak decyzja ABW wpłynęła na życie zawodowe redaktora Swiridowa?
- Zaszkodziło mi to nie tylko w pracy, ale i w życiu. Sytuacja w Polsce jest jaka jest, ludzie po prostu się boją. Chodziło o to, żeby zastraszyć polskich dziennikarzy i w ogóle polskich obywateli, żeby oni się ze mną nie kontaktowali. Tymczasem w decyzji sądowej stwierdzono, że nic się nie stało, bo można przecież komunikować się za pomocą poczty elektronicznej, pisać listy, itp. Do tego dochodzi wiele innych trudności. Na przykład problem ze sprzedażą mojego mieszkania w Warszawie. To była bardzo skomplikowana sprawa. Nie wspominając, że w urządzenie i wyremontowanie tego mieszkania włożyłem wiele lat pracy i duszę. Z dnia na dzień musiałem opuścić mój dom. Uważam, że to co oni ze mną zrobili jest przestępstwem.
Jakie były reakcje ludzi, kiedy to się wszystko zaczęło? W końcu w mediach przypięto Panu łatkę „ruskiego szpiona”. 
- Każdy kto chciał mógł zadzwonić, po ludzku pogadać, np. zapytać jak wygląda sytuacja, itd. Rzeczywiście, takie telefony od znajomych też były. Ale większość wystraszyła się, oddaliła i unikała ze mną kontaktu. Ja tych ludzi wykreśliłem już z mojego życia. Nic na siłę.
Co dalej?
- Jestem osobą publiczną. Nie odpuszczę, będę walczył i bronił swojego dobrego imienia w sądzie. Jeżeli nie uda się tego zrobić w Polsce, to pójdę do Strasburga.
Tego typu sprawy w polskich sądach trwają latami. Wiele czasu może upłynąć zanim dotrze Pan do Strasburga. 
- Przewiduję, że moja sprawa będzie rozpatrywana przed Naczelnym Sądem Administracyjnym w Polsce pod koniec 2019 r., albo trochę później. Mam już przydzielony numer sprawy. Mogę go pani redaktor podyktować – Sygn. akt II OSK 1084/18. Zawsze można zadzwonić do sądu i zapytać rzecznika o komentarz w „sprawie szpiegowskiej” red. Leonida Swiridowa. Proszę zapytać wprost – jest szpiegiem, czy nie?
Tak, tylko jak sam Pan wspominał – wszystko jest utajnione. Kiedy słucham Pana historii, to przychodzi mi do głowy taka myśl, że właściwie mogą zrobić to z każdym. Oskarżyć – nie wiadomo o co – i utajnić akta. Ktoś się chyba tutaj mocno inspirował „Procesem” Franza Kafki...
- Absolutnie tak. Uważam, że ta sprawa łamie podstawowe prawa człowieka do obrony, a także prawa dziennikarza do pracy. To jedyna taka sprawa w Unii Europejskiej od 25 lat! To zrobiła polska władza za rządów Platformy Obywatelskiej.
Zawartość Pana teczki jest utajniona. Czy był wniosek o odtajnienie?
- Naczelny Sąd Administracyjny zadecydował, że nie można odtajnić tych dokumentów.
Jakie było uzasadnienie?
- Nie, bo nie. Mogę pokazać kilkadziesiąt stron uzasadnienia. Może pani redaktor coś z tego zrozumie i wytłumaczy Czytelnikom, bo ja nic nie zrozumiałem.

A co na to organizacje międzynarodowe zajmujące się prawami człowieka?
- Nikt się tym nie zainteresował, bo przecież nie będą bronić jakiegoś Ruska.
To może chociaż osoby publiczne się zainteresowały?
- Jeden bardzo znany były poseł i były szef kancelarii jednego z byłych prezydentów Rzeczypospolitej został zapytany o moją sprawę. Odpowiedział krótko: „A po co miałbym bronić tego ruska Lonię?”. Dla mnie to był szok. I to jest człowiek z SLD.
Ale inny człowiek z SLD, Leszek Miller rozmawiał z Panem Redaktorem, a nawet udzielił wywiadu. 
- A potem go za to w Polsce przeczołgano. Uważam, że bronił się przed tym głupkiem Kraśko rewelacyjnie. Z panem premierem Leszkiem Millerem znamy się wiele lat. Prywatnie jest to bardzo sympatyczny człowiek. Generalnie, jeśli mieszkasz w Polsce tyle lat, to znasz wiele publicznych osób.

A propos tych znajomości. Wyczytałam, że zarzucono redaktorowi Swiridowowi zaprzyjaźnianie się z osobami publicznymi. Nie ukrywam, że jako dziennikarkę zszokował mnie ten „argument”. Mnie też zdarzyło się zaprzyjaźnić z ludźmi, którzy udzielali mi wywiadu. To jest zupełnie naturalne...
- Taka jest nasza praca, że spotykamy i poznajemy dużo osób. Spędzałem sporo czasu w Sejmie. Chodziłem na wiele konferencji. Z niektórymi piłem wódkę; inni zapraszali mnie na urodziny; bywałem na ślubach różnych znanych osób. No i co z tego? Zaprzyjaźnić się nie wolno?
Wychodzi na to, że nie wolno...
- Dla mnie to jest jakieś barbarzyństwo. Mówi się, że barbarzyństwo jest ze Wschodu. No nie, to jest polskie barbarzyństwo. Zawsze uważałem, że nic złego w Polsce mnie nie spotka, bo to jest przecież państwo prawa. Tymczasem wyrzucili mnie i skasowali statut rezydenta Unii Europejskiej. Zrobili to Tusk i Schetyna. ABW było tutaj narzędziem politycznym. No ale żeby w tak drastyczny sposób to zrobić? Jak to jest możliwe?
A tymczasem zmienił się rząd i... nic się nie zmieniło. Rusofobia kwietnie w najlepsze.
- Na szczęście obywatel jak zawsze jest mądrzejszy od władzy. Trzeba coś robić. Spotykać się, rozmawiać, organizować różne imprezy. Społeczeństwo obywatelskie powinno podpowiadać rządowi, że nie można się kłócić ze wszystkimi na około. Rosja jest blisko, Stany Zjednoczone są bardzo daleko. Warto przynajmniej próbować przyjaźnić się z tym, kto jest blisko. Kłótnia nic nie daje.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Agnieszka Piwar

Petersburg, 14 maja 2018 r.
Myśl Polska, nr 29-30 (15-22.07.2018)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz