wtorek, 25 listopada 2014

„Raczej jestem tego pewien” - policjant zeznaje w procesie Brauna i Dobrowolskiej

25 listopada w Sądzie Rejonowym Warszawa-Śródmieście odbyła się kolejna rozprawa w procesie Grzegorza Brauna i Hanny Dobrowolskiej. Zostali oni zatrzymani w nocy z 20 na 21 listopada w siedzibie Państwowej Komisji Wyborczej pod zarzutem naruszenia miru domowego. W akcji brało wówczas udział ponad 300 funkcjonariuszy policji, z czego 88 weszło do budynku. Zatrzymano w sumie 12 osób.
 
Zastępcą dowódcy akcji był Piotr Wałowski, którego dzisiejsze zeznania w pewnym momencie rozbawiły obecną na sali rozpraw publiczność. Reakcji tej nie ma co się dziwić, trudno bowiem zachować powagę kiedy funkcjonariusz policji formułuje zdanie, w którym na jednym tchu twierdzi, że jest czegoś „pewien”, z tym że deklarację o swojej pewności poprzedza słowem „raczej”. Czego „pewien”, ale tylko „raczej” jest zeznający mundurowy? Obrońca Brauna i Dobrowolskiej dopytywał go, o to, czy względem zatrzymanych policjanci zastosowali procedury zgodne z prawem, do których należy m.in. poinformowanie osób zatrzymanych o powodzie ich zatrzymania.
 

Ciekawym momentem dzisiejszych zeznań Wałowskiego było też to, że funkcjonariusz przyznał, iż nie wie, czy komunikat wzywający do opuszczenia budynku PKW był słyszany przez osoby znajdujące się w środku, a więc te osoby, do których treść komunikatu była skierowana.
 
Na pytanie obrońcy oskarżonych, kto konkretnie złożył wniosek o interwencję policji, Wałowski zeznał: - Wydaje mi się, że Komornicki [administrator budynku, gdzie mieści się siedziba PKW, przyp. red.]. Co ciekawe, policjant przyznał, że nie pamięta, czy Komornicki przedstawił mu się z imienia i nazwiska. Jak stwierdził, przedstawił mu się na pewno z funkcji.
 
Co ważne, zastępca dowódcy akcji, podczas której zatrzymano także ludzi mediów, nie był dziś w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy są jakieś odrębne procedury dotyczące tego typu sytuacji, kiedy w gronie osób protestujących, bądź zajmujących jakiś obiekt znajdują się jednocześnie dziennikarze.
 

Podczas dzisiejszej rozprawy zeznawały także osoby, które tamtej nocy znalazły się w siedzibie PKW, lecz nie zostały zatrzymane przez policję w chwili jej wtargnięcia do budynku, a jedynie wylegitymowane i wezwane na przesłuchanie.
 
Wśród nich była Aleksandra Siuda, studentka psychologii. 21-latka opowiedziała m.in. o tym, że widziała jak funkcjonariusze najpierw szarpali redaktor Ewę Stankiewicz, a po chwili zobaczyła wynoszonego za ręce i nogi człowieka. Siuda podejrzewała, że może być to Grzegorz Braun. Poruszona i zszokowana tym, w jaki sposób traktuje się zatrzymanego rzuciła w eter pytanie: - Czy to jest człowiek? Po chwili usłyszała od jednego z policjantów: - Nie, to jest worek ziemniaków.
 

Nie ma mowy o okupacji
 
Zarówno podczas dzisiejszej rozprawy, jak i tej z dnia 22 listopada - kiedy zeznawał m.in. Grzegorz Braun - wyłonił się obraz jakże sprzeczny z tym, jaki przetoczył się przez media. Z zeznań, które potwierdziły także inne osoby, wynika bowiem, że wejście do siedziby Państwowej Komisji Wyborczej odbyło się wyraźnie na zaproszenie samych przedstawicieli PKW. Potwierdził to dziś również wezwany do sądu jako świadek Przemysław Kisło, 28-letni programista.
 
O zaplanowanym na 20 listopada proteście, który początkowo odbywał się przed budynkiem PKW, dowiedział się z portalu społecznościowego. Manifestacja była zapowiadana z powodu podejrzenia o nierzetelne przygotowanie wyborów. Kisło wszedł do siedziby Państwowej Komisji Wyborczej, ponieważ zgłosił się na ochotnika do delegacji 6 osób. Zrobił tak, dlatego że jeszcze na zawnątrz usłyszał komunikat, z kontekstu którego zrozumiał, iż w PKW stwierdzono, że skoro przed budynkiem jest manifestacja, to należy przyjąć delegację i porozmawiać. Jego przypuszczenia potwierdziły się. W ten sposób znalazł się w gronie z Grzegorzem Braunem.
 

Do rozmów z przedstawicielami PKW jednak nie doszło. - Odebrałem to w ten sposób, że osoba zapraszająca zobaczyła, że nie wygląda to tak, jak oczekiwała. Do budynku weszło więcej osób, głównie przedstawicieli mediów - wyjaśnił 28-latek. Dodał, że po około dwudziestu minutach do manifestantów przyszedł przedstawiciel PKW proponując spotkanie delegacji, ale bez udziału kamer. Tak postawiona propozycja spotkała się z odmową.
 
Za zamkniętymi drzwiami
 
Kisło zeznał, że przez co najmniej dwie godziny nie było możliwości wyjścia z budynku, ponieważ drzwi, których pilnowali mundurowi były zamknięte – zdaniem świadka najprawdopodobniej w tym celu, aby do środka nie wchodziły kolejne osoby. Dodał, że kiedy do siedziby zbliżyły się już siły policyjne, i kiedy Komornicki wzywał przez megafon do opuszczenia budynku, wówczas także nie było możliwości wydostania się na zewnątrz. Sytuację z zamkniętymi drzwiami potwierdzili inni świadkowie. W momencie, gdy policja otoczyła budynek, kilka osób z delegacji manifestacji wypowiedziało się do mikrofonu. Przemysław Kisło szczególnie zapamiętał słowa Ewy Stankiewicz, która mówiła, że sytuacja wygląda kuriozalnie, ponieważ jest żądane wyjście, podczas gdy nie można wyjść.
 
Kisło dopytywany na sądowym korytarzu przez Prawy.pl potwierdził, że gdy policja zabrała się za zatrzymywanie tych osób, które pozostały w sali konferencyjnej PKW, od strony policji padło takie zdanie: - To teraz wszystkich po kolei, media, nie media. Po czym przeszli do realizacji. Świadek wyjaśnił, iż z jego perspektywy wyglądało to tak, że kiedy zgarnięto pierwszego dziennikarza - na jego oczach zatrzymali reportera telewizji Republika - pozostali dziennikarze zaczęli się wycofywać, zrobili krok w tył, nie zbierali już materiałów, tylko udali się na dół, w stronę wyjścia.
 
Kolejne rozprawy w procesie przeciwko Grzegorzowi Braunowi i Hannie Dobrowolskiej sąd wyznaczył na 3 i 17 grudnia.
 
Agnieszka Piwar

Tekst ukazał się na portalu Prawy.pl: http://prawy.pl/z-kraju/7636-raczej-jestem-tego-pewien-policjant-zeznaje-w-procesie-brauna-i-dobrowolskiej

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz